7 produktów, które zawsze mam w kuchni, czyli niezbędnik paleo

12:59 Anna Przebinda 2 Comments

bez glutenowe | paleo | szybki obiad | pusta lodówka

Każdemu czasem zdarza się nie zrobić zakupów czy nie znaleźć chwili na przygotowanie mięsa na obiad. W sytuacjach kryzysowych nie musimy rezygnować z żywności mniej przetworzonej i sięgać po pszeniczną bułkę z kupną szynką. Sama często nie mam czasu na codzienne zakupy i wiem, że wszystko zależy od dobrej organizacji w kuchni. Przedstawiam Wam dziś moje paleo-niezbędniki, czyli takie produkty, które zawsze mam w kuchni, które mogą długo leżeć i po które sięgam w momentach kryzysu - kiedy świeże warzywa się skończyły, nic nie zdążyłam rozmrozić, a nie mam czasu gotować.

1. Kapusta kiszona (w torebce)
Nie ma co liczyć na cudowne właściwości kupionej w hipermarkecie kapusty kiszonej. Wystawienie na światło pewnie zabiło całą witaminę C, a i dobrych bakterii tyle, co kot napłakał. Nie będzie dobrym probiotykiem, ale ma dwie cechy, które mi odpowiadają: jest smaczna i ma długi termin ważności. Oczywiście, kosztem utraty wartości odżywczych. Problem z kapustą kiszoną jest dwojaki. Po pierwsze, kupiona świeża, z beczki, przeważnie jest odsączona z soku i szybko się psuje. Po drugie, w ogóle ciężko ją dostać. Od kilku lat spotykam się nagminnie z produktami kwaszonymi, a kiszone widuję sporadycznie. Dlatego jak już się na nią natknę, zawsze biorę woreczek na wszelki wypadek.

2. Oliwa z oliwek
Zawsze mam oliwę z oliwek i przeważnie gdy kończę butelkę, już kolejna czeka w kolejce. Oliwa dobrej jakości ma przewagę jednonienasyconych kwasów tłuszczowych, które nie będą działać pro-zapalnie, jak to czasem bywa z kwasami omega-6. Jest też bardziej stabilna w otoczeniu, co nie oznacza, że możemy ją trzymać w słońcu na parapecie. Przechowujemy ją w ciemnym szkle w chłodnej, zamkniętej szafce. A najlepiej w lodówce - niestety, dobrej jakości oliwę poznamy po tym, że po schowaniu do lodówki stężeje i raczej nie będzie nadawała się do użytku od ręki. Ja radzę sobie z tym przelewając mniejsze ilości tłuszczu do małej butelki, którą trzymam w szafce, podczas gdy zapas czeka w zimnej lodówce.

3. Jajka
Podobno jajka mogą się zepsuć, ale nie będę za tę informację ręczyła, bo u mnie nigdy nie dostały takiej szansy. Od kilku lat zjadam po kilka jajek prawie codziennie i dbam o to, żeby były w kuchni zawsze. Mam to szczęście, że mogę bez problemu kupować jajka od gospodarza, ale jeśli zaopatrujecie się w sklepach - warto sięgać po te od kur z wolnego wybiegu, mają bowiem więcej niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych omega-3 o działaniu przeciwzapalnym. Nie ma bardziej biodostępnego białka niż to z jaj. W żółtku mamy sporo cholesterolu, dlatego najlepiej przygotowywać jaja tak, żeby pozostawało ono w formie płynnej. Mój patent na omlety - robię je z białek i jednego żółtka, a resztę dodaję na surowo.

4. Kawałki tuńczyka w puszce w sosie własnym
Tuńczyk w puszcze na pewno nie jest najzdrowszym wyborem. Poza faktem, że jest dużą rybą i może zgromadzić sporo toksyn, to nie do końca jest jasne, jak ma się sprawa z dodatkowymi toksynami z opakowania. Zawsze jednak sprawdzi się jako awaryjne źródło białka, kiedy akurat nie mam ochoty zawracać sobie głowy rozmrażaniem mięsa. A jeśli nie - dostanie się kotom, które za tuńczykiem przepadają.

5. Banany
Najczęściej mam problem z węglowodanami w diecie. Po eksperymentach z dietami nisko-węglowodanowymi po prostu mi nie leżą - przygotowuje się je długo, są w większości spore objętościowo i dużo z nimi zachodu. Przełknięcie łyżki oleju kokosowego idzie mi szybciej niż przygotowanie batata. Muszę jednak dbać o wystarczającą ilość węgli w diecie, dlatego zawsze mam gdzieś w kuchni banany. W razie wypadku wrzucam trzy do blendera i 10 sekundach mogę dostarczyć 70-80 g węglowodanów. 

Pomysł nie jest idealny, bo dawka cukrów prostych w dojrzałych bananach potrafi nabroić w gospodarce insulinowej, dlatego jeśli masz insulinooporność i Twoim celem jest unormowanie poziomu glukozy we krwi, to nie będzie dobre wyjście. 

Nadmiar dojrzałych bananów zużywam przeważnie do ciasta, a jeśli nie mam czasu - wrzucam do zamrażalnika, gdzie czekają na wolną chwilę. 

6. Olej kokosowy
To jeden z dwóch produktów w zestawieniu, które ciężko jest mi kupić od ręki. Olej kokosowy może nie jest tak słabo dostępny, jak dawniej, sklepów ze zdrową żywnością też jest coraz więcej, niemniej jednak cena tego tłuszczu stacjonarnie potrafi zaskoczyć. Dlatego zawsze zamawiam go przez internet i biorę dwa duże, litrowe słoje. Olej kokosowy należy do tłuszczów nasyconych, jest więc zasadniczo mało kłopotliwy w przechowywaniu (choć i tak, podobnie jak z oliwą, przekładam go do mniejszych pojemników - tu jednak głównie ze względu na wygodę). Na tym oleju smażę, wiec nie zależy mi na jakości extra virgin, staram się jednak kupować ten bio. Nadaje się do wysokich temperatur i nie zawiera cholesterolu, który po obróbce termicznej nie jest już tak zdrowy.

7. Mąka kokosowa
No i drugi egzotyczny produkt, który - z podobnych względów - kupuję przez internet. Biorę od razu kilogram, który wystarcza mi na okres około dwóch miesięcy. Mąka kokosowa jest bardzo chłonna, więc zużywa się jej niewiele, a biorąc to pod uwagę - cenowo wychodzi najkorzystniej ze wszystkich paleo mąk. Potrzebna jest mi przede wszystkim do ciast, ale sięgam po nią również robiąc naleśniki, omlety, tarty czy spody do pizzy, kiedy najdzie mnie ochota na posiedzenie w kuchni dłużej. To jedyna mąka, jakiej używam i spisuje się zawsze, choć nie jest w żadnym wypadku podobna do klasycznych mąk glutenowych.

Pamiętajcie też, że mrozić można prawie wszystko, a jeśli potrzebujecie wskazówek co do organizacji - polecam bloga Read the label, którego autorka opanowała sztukę sprawnej organizacji w kuchni do perfekcji!

2 komentarze:

  1. możesz podzielić się jaki olej kokosowy i mąkę kokosową kupujesz? jaka firma i jaki sklep online. Potwornie ciężko mi wybrać który olej kokosowy jest ok, cena niektórych faktycznie zaskakuje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mąkę kupuję Bioplanet lub Targoch. Bioplanet ma naprawde niskoweglowodanową, z kolei Targoch jest tańsza i chłonie równie dobrze. Z olejem ciężko mi polecić jedna markę, próbowałam i tańszych i droższych i nie widzę wielkiej różnicy. Nie kupuję nierafinowanego, bo jednak dymi na patelni (a używam tylko do smażenia). Przeważnie wybieram olej bio nierafinowany, w granicach 18-25 zł za litr.

      Usuń

Jeśli masz jakieś pytania lub masz inne zdanie, napisz komentarz!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Obsługiwane przez usługę Blogger.