Preloader

Rola dietetyka w terapii zaburzeń odżywiania

Terapia zaburzeń odżywiania i wychodzenie z choroby to proces długi i niełatwy – ale odpowiednio przeprowadzony wydaje się być jedyną skuteczną drogą do powrotu do zdrowia. Choroba ta jest składową czynników psychologicznych, społecznych i biologicznych, dlatego leczenie powinno łączyć w sobie terapię farmakologiczną, psychoterapię i leczenie niefarmakologiczne – w tym, często pomijaną, współpracę z dietetykiem.

O tym, co można z takiej współpracy wynieść i czy warto ją podjąć, opowie dziś jedna z naszych podopiecznych, Zosia. Zosia od kilkunastu miesięcy walczy z zaburzeniami odżywiania z kręgu anoreksji, a do nas trafiła w chwili dużego spadku wagi, zaburzeń miesiączkowania i problemów z obsesyjnym myśleniem o jedzeniu. Z większością dolegliwości somatycznych udało nam się uporać – choć ciągle pracujemy nad psychicznym aspektem zaburzenia.

Cześć Zosiu. Dziękuję, że zgodziłaś się porozmawiać o swoich doświadczeniach. Zacznijmy od początku. Jak Ci się wydaje, kiedy zaczęła się Twoja choroba?

Zawsze byłam szczupła i wysportowana. Tańczę od dziecka, więc wszystko to działo się samo z siebie. Moja mama też od zawsze dbała, o jakość produktów, których używałyśmy w kuchni. Pamiętam jednak, że już od bardzo młodego wieku (wydaje mi się, że byłam wtedy jeszcze w podstawówce) interesowałam się dziewczynami opisującymi na blogach swoje ekstremalne diety. Trafiłam na nie zupełnie przypadkiem, ale mniej więcej od tamtego czasu zaczęłam już mieć błędny obraz samej siebie. Dorastając, co jakiś czas przychodził mi do głowy pomysł odchudzania, ale nie trwało to nigdy dłużej niż parę dni. Żyłam w przekonaniu, że nie mam wystarczająco silnej woli żeby schudnąć. Porzucałam, więc ten pomysł, mimo, że zaczynałam czuć się coraz gorzej w swoim ciele. I tak było do czasu liceum…

Co się zmieniło w liceum?

Miałam sporo obowiązków – często od razu po szkole biegłam na zajęcia taneczne, a w domu byłam dopiero wieczorem. Obiad jadłam albo u koleżanki albo szybko łapałam coś w sklepie. Po powrocie do domu czekał na mnie oczywiście jeszcze drugi obiad mojej mamy. W tamtym okresie miałam też ogromną słabość do słodyczy – obiad bez deseru nie miał prawa bytu. Wtedy przybrałam kilka kilogramów. Dodatkowo, był to wiek, w którym sylwetka większości dziewczyn zmienia się z powodu dojrzewania.

Te zmiany dla wielu nastolatek są niezwykle trudne do zaakceptowania. Rozumiem, że one zapoczątkowały Twoje problemy z żywieniem?

Czułam się bardzo źle sama ze sobą. Zaczęłam wyłapywać każdy komentarz na temat mojego wyglądu i nawet, jeśli nie miał mnie obrazić, to tak właśnie go odbierałam. Porównywałam się z dosłownie każdą koleżanką w szkole, co tylko pogarszało sprawę. Próby odchudzania w dalszym ciągu nie wychodziły.

Aż nastąpił przełom.

Tak. Zbliżał się sylwester, którego spędzałam razem z koleżankami. Oczywiście zrobiłyśmy masę przekąsek na cały wieczór, którym nie mogłam się oprzeć. Byłam jedną z większości osób, które od nowego roku przechodzą na dietę, więc trzeba było się najeść „ostatni raz”. Wiadomo, że takie diety nie trwają długo i u mnie zawsze też tak było… właśnie do czasu tego sylwestra.

Co Cię popchnęło do wytrwania na diecie?

Chyba poziom mojej desperacji, który osiągnął wówczas maksimum. Pamiętam jak dziś noworoczny poranek, kiedy popatrzyłam na siebie w lustrze i stwierdziłam, że tym razem „mi się uda”.

Wiele osób, chcąc schudnąć, najpierw szuka informacji w sieci – a pójście do specjalisty traktuje jako ostateczność. Jak było u Ciebie? Działałaś wtedy na własną rękę?

Nie miałam żadnego pojęcia o odchudzaniu. Nie rozumiałam, o co chodzi z białkiem, węglowodanami i tłuszczami. Ale nie poszłam do dietetyka. Zaczęłam obsesyjnie sprawdzać kalorie każdego produktu. Oczywiście, byłam przerażona uświadamiając sobie, ile ich jem. I wtedy bardzo konkretnie ruszyłam z odchudzaniem. Cały następny dzień nie zjadłam nic. W następne zmniejszałam porcje jedzenia. Waga zaczęła spadać jak szalona, a ja wraz z kilogramami traciłam kontrolę nad tym, co robię. Zawsze myślałam ze anoreksja to po prostu świadoma decyzja o odchudzaniu, ale okazało się, że jest zupełnie inaczej. Kiedy mama zaczęła zauważać, co się dzieje ja byłam już całkowicie pod wpływem zaburzeń odżywiania.

Mówisz – “byłam pod wpływem zaburzeń odżywiania” tak, jakby to obca siła odbierała Ci wolę. Jak się czułaś?

Trochę tak było. Moja głowa zaczęła stawiać granice. Jedząc, w pewnym momencie pojawiało się coś w rodzaju bariery, która nie pozwalała wziąć ani kęsa więcej. Oczywiście z każdym kolejnym dniem mogłam zjeść coraz mniej. Wszystko działo się w szalonym tempie. W lutym ważyłam już jakieś 15 kg mniej a każdy „posiłek” kończył się płaczem nad talerzem. Kuchnię omijałam szerokim łukiem, a w późniejszym etapie nie wchodziłam już do niej w ogóle, ze strachu przed samym widokiem produktów spożywczych.

Kiedy zdałaś sobie sprawę z tego, że masz problem? To na pewno nie było proste.

Byłam już zupełnie bezsilna i była to kwestia może jakichś dwóch dni, kiedy nie byłabym w stanie zjeść już nic. W tamtym momencie sama już dosłownie błagałam o pomoc, czułam się jak opętana. O pójściu do szkoły nie było mowy – ledwo wchodziłam po schodach w domu, a kładąc się spać czułam strach przed następnym dniem. Wtedy zgodziłam się na szukanie pomocy.

Gdzie udaliście się po pomoc?

Na pierwszy rzut poszedł lekarz rodzinny. Moje wyniki badań były oczywiście tragiczne. Szukałyśmy z mamą pomocy dosłownie wszędzie. Wizyty u psychologa nie podobały mi się w ogóle – zrezygnowałam z nich. Leki od psychiatry też odstawiłam. Na pomysł o pójściu do dietetyka wpadłam sama. Pierwszy z nich nie przypadł mi do gustu zupełnie. Pani nie miała żadnego pojęcia o zaburzeniach odżywiania – zaoferowała mi jedynie gotową dietę. Wydaje mi się, że przy problemie, jakim są zaburzenia odżywiania ważne żeby dietetyk miał też wiedzę psychologiczną. Ja nigdy wcześniej nie słyszałam nawet określenia „psychodietetyk”, a zrobiło to ogromną różnice przy drugim specjaliście – Pani Ani 🙂

Mówi się, że dobry kontakt ze specjalistą to jeden z podstawowych czynników leczących.

Myślę, że tak – najważniejsze było podejście. Zrozumienie choroby i nie atakowanie na starcie pełnymi talerzami jedzenia. Zdrowienie to proces, podczas którego trzeba nauczyć się jeść od nowa. Bardzo pomocna była też możliwość kontaktu mailowego z każdym, nawet najgłupszym pytaniem. Zawsze otrzymałam odpowiedź i słowa wsparcia czy pochwały. Nie jestem do końca w stanie powiedzieć, co takiego było w tej pierwszej wizycie, ale od razu wiedziałam, że w to wchodzę. Ważne były tez słowa, że nie jest to próba „utuczenia” mnie, a powrotu do zdrowia. Cały czas mam z tylu głowy zdanie, że pomiędzy schudnąć a przytyć jest jeszcze coś, po co właśnie znalazłam się u dietetyka.

Wszystkich ciekawi, jak to wygląda “od środka”. Jak przebiegała współpraca – stosowałaś się do jadłospisu? Liczyłaś kalorie?

Na samym początku do współpracy podeszłam chyba aż za poważnie. Czułam ciągłą potrzebę kontrolowania czegoś, więc zaczęłam pilnować porcji z jadłospisu co do grama. Ciężko było mi pozbyć się tego nawyku, ale z czasem zaczęłam robić coraz więcej rzeczy „na oko”. 

I jak szło?

Pierwsze dni, w których się przełamywałam były najtrudniejsze, ale tez kluczowe. Wsparcie rodziny, najbliższych przyjaciół, no i mojego dietetyka – dzięki temu dałam radę 🙂 Potem było już tylko lepiej. Ja odzyskiwałam siły, jadłam już naprawdę spore porcje jedzenia, ale nie odbijało się to na mojej sylwetce praktycznie wcale. Byłam bardzo zadowolona. Po jakimś czasie zaczęłam uczyć się jedzenia intuicyjnego. Byłam już tez psychicznie przygotowana na mały wzrost wagi, aby odzyskać równowagę hormonalną i miesiączkę.

Każda “dieta” to skomplikowany proces, pełen wzlotów i upadków. Tak samo jest z zaburzeniami odżywiania. Miałaś jakieś kryzysy? Jak sobie wtedy radziłaś?

Mimo wszystko najtrudniej było mi zaakceptować fakt, że moja waga przestała spadać, a nawet zaczęła wzrastać. W takich momentach wydawało mi się, że widzę w lustrze nawet najmniejszy wzrost wagi i muszę schować to pod warstwą ubrań albo najlepiej w ogóle nikomu się nie pokazywać. Oczywiście, były momenty, kiedy przeszkadzało mi to tak bardzo, że znowu zaczęłam ograniczać jedzenie. Nie tak dawno miałam jeden z większych kryzysów. Pomogło mi wtedy omówienie problemu z dietetykiem i rozmowa z mamą. W takich momentach warto zastanowić się, czy wygląd jest warty ryzykowania zdrowia psychicznego i fizycznego. 

To brzmi tak, jakbyś poczuła ulgę, że możesz komuś zaufać i w pełni oddać się pod opiekę.

Tak, ulga była ogromna. Oddałam się w ręce dietetyka w stu procentach. Pomogło mi to przestać myśleć o ciągłym zmniejszaniu porcji moich posiłków i skupić się na ważniejszych aspektach powrotu do zdrowia.

Czy współpracowałaś jednocześnie z psychologiem lub psychoterapeutą?

Na samym początku była to współpraca: psycholog, psychiatra i dietetyk. Z terapii zrezygnowałam najszybciej, bo nie czułam żadnych efektów. Leki od psychiatry brałam przez kilka miesięcy. Po tym czasie sama zdecydowałam, że nie są mi potrzebne i że w sumie to samo udałoby mi się osiągnąć bez nich.

W terapii zaburzeń odżywiania często mówi się o tzw. fear-foods – jedzeniu, które wzbudza lęk samo w sobie, na przykład ciastku czy batoniku. Radzenie sobie z tym strachem też musiałaś oswoić. Łatwo było Ci się przełamać do zjedzenia czegoś „zakazanego”?

Nie. Przed zjedzeniem czegoś „zakazanego” bardzo długo powstrzymywał mnie strach, że rzucę się na to i nie będę mogła przestać jeść. Nie będę kłamać, że kilka razy tak było, ale patrząc na to teraz myślę, że nie był to koniec świata. Dużo ważniejsze jest to, że dzisiaj jestem w stanie wyjść ze znajomymi i nie odmawiać zjedzenia czegoś, co kiedyś było dla mnie niemożliwe.  

Wiele udało Ci się zrobić, ale wciąż korzystasz z opieki dietetycznej. Dlaczego? Czy czujesz się “zdrowa”?

Teraz jestem już pod opieką Pani Ani ponad rok. Oczywiście, dalej walczę z zaburzeniami odżywiania. Jest czas, kiedy jest super, ale są tez gorsze chwile. Dalej mam problemy ze spontanicznością w jedzeniu, a w gorszych momentach mojego życia od razu przychodzi mi do głowy pomysł, żeby znowu nie jeść. Ostatnio miałam też epizody kompulsywnego jedzenia. Pani Ania dała mi nie tylko wskazówki jak walczyć z każdym z tych problemów, ale też wyjaśniła mechanizmy ich powstawania. Na tę chwile jestem bardzo zadowolona z pomocy dietetyka i nie wyobrażam sobie, jak potoczyłaby się ta historia gdybym do niego nie trafiła.

Czego przede wszystkim nauczyłaś się podczas współpracy? Co było dla Ciebie najcenniejsze?

Przede wszystkim nauczyłam się szacunku do własnego organizmu oraz słuchania go. Na nowo nauczyłam się wyłapywać momenty, w których jestem głodna albo najedzona. Zobaczyłam też jak bardzo źle traktowałam swój organizm głodząc się i jak ogromne skutki to za sobą niesie.

Zosia od ponad roku zdrowieje i udało jej się już wiele zrobić – choć nie była to prosta droga. Krótką refleksją na temat współpracy z dietetykiem podczas procesu zdrowienia podzieliła się także inna nasza podopieczna:

„Od ponad pół roku bezskutecznie próbowałam poradzić sobie z problemem z odżywianiem. Chcę odzyskać normalną wagę, ale przede wszystkim zdrowe i naturalne podejście do jedzenia. Zapisałam się do poradni, a konkretnie do Pani Karoliny, która bardzo mi pomogła. Wzięła pod uwagę moje preferencje żywieniowe, tryb życia i dała mi porady dotyczące odżywiania, indywidualnej kaloryczności posiłków i rozkładu makroskładników. Co wizytę dostaję od niej także spersonalizowany jadłospis, który inspiruje mnie i pomaga w zdrowym i smacznym komponowaniu posiłków. Co najważniejsze, Karolina pokazała mi jak się zdrowo odżywiać i dobrze dobierać produkty samodzielnie – jadłospis jest tylko wskazówką, a nie z góry narzuconym rozkładem. Dzięki temu w przyszłości będę mogła sama, intuicyjnie zdrowo się odżywiać. Bardzo ważna jest też dla mnie możliwość skontaktowania się z Karoliną w razie wątpliwości i konsultowania na bieżąco postępów. Moja waga zaczęła wreszcie wracać do normy i jestem na dobrej drodze do powrotu do zdrowia.”

Obecnie Poradnia współpracuje z krakowską inicjatywą Nowonajedzone, czyli społeczności wspierającej kobiety wychodzące z zaburzeń odżywiania. W październiku rusza druga edycja Grupy Wsparcia, o której więcej możecie poczytać tutaj. My od siebie oferujemy pomoc dietetyczną i zniżki na konsultacje dla osób należących do grupy – a jeśli czujecie, że potrzebujecie wsparcia, zawsze możecie nas tam znaleźć.

Polecane wpisy:
Tyle się mówi o olejach roślinnych, o ich wpływie na zdrowie i konieczności włączenia ich
Cukier, glukoza, sacharoza, czy - mówiąc ogólnie - węglowodany. Wszystkie te składniki diety są do
Kwasy tłuszczowe omega 3 - każdy o nich słyszał, każdy wie, że powinniśmy je spożywać,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

O nas:

Cześć! Nazywam się Anna Przebinda i zawodowo zajmuję się dietetyką oraz psychologią, naturopatią i medycyną funkcjonalną. Oprócz tego, jem bezglutenowo, ćwiczę siłowo i biegam w górach. Założyłam poradnię żywienia Z widelcem po zdrowie by pomóc innym znaleźć optymalny system żywienia. Działamy od kilkunastu miesięcy i przez ten czas udało nam się pomóc wielu osobom zrealizować ich cele: poprawę zdrowia, zmianę sylwetki, lepsze samopoczucie. Z widelcem po zdrowie to miejsce, w którym stosuje się nowoczesne zasady dietetyki, dalekie od diet 1000 kcal. Wierzymy, że jedzenie może leczyć i istnieje cienka linia pomiędzy „jeść” a „odżywiać” – tę równowagę chcemy pomóc Wam znaleźć. Na blogu znajdziesz artykułu, które – mam nadzieję – pomogą Ci zrozumieć, dlaczego Twoje ciało zachowuje się w taki sposób i co jeść, by pozostać w zdrowiu. A jeśli masz pytania – napisz do nas. Zapraszam!

Najnowsze wpisy:

Kategorie:

Popularne tagi:

Facebook

Archiwum:

Zamieszczane na tym blogu treści służą edukacji. nie mogą być traktowane jako profesjonalna porada lekarska, diagnostyka czy leczenie. każdy problem zdrowotny należy konsultować z lekarzem. autorzy mają na celu przedstawienie rzetelnych i wartościowych informacji, jednak nie biorą odpowiedzialności za sposób ich wykorzystywania.

Newsletter

© 2019 Z WIDELCEM PO ZDROWIE

Realizacja: Daniel Kozina